Kaprun Austria Kitzsteinhorn.

Życie za granicą to najpopularniejszy z tematów na moim blogu. Nawet moje najlepsze podróżnicze wpisy nie mają takiej liczby wyświetleń i wyszukań, jak te, w którym poruszałam temat życia w Austrii, czy przeprowadzki i pracy w Austrii. Wcale się wam nie dziwię, bo życie za granicą zawsze było dla mnie prawdziwie elektryzującym tematem. Praktycznie od dziecka wiedziałam, że chcę odkrywać i zwiedzać świat, uczyć się języków i mieszkać gdzieś poza Polską. Moim zdaniem wyjazd za granicę był zdecydowanie moją największą życiową lekcją. Ale co to za sztuka, wyjechać z kraju, pomyślicie? I czego tak naprawdę mnie to wszystko nauczyło?

A girl holding a book and standing in the Scandinavian decored room with a big balcony window.

Tam, gdzie trawa jest zieleńsza

Ludzie mają wiele powodów do wyjazdu za granicę – czasem są to pieniądze, czasem rodzina, innym razem chęć sprawdzenia na własnej skórze, czy za granicą przysłowiowa trawa rzeczywiście jest zieleńsza. Mogłabym rzec, że ilu emigrantów tyle różnych powodów wyjazdu, choć myślę, że mogłoby być to małe przegięcie. Dla mnie życie za granicą było w sumie naturalnym krokiem – naprawdę nie wyobrażałam sobie swojego życia w Polsce. Mam zupełnie inne poglądy, inny styl życia i inne spojrzenie na zbyt wiele spraw. Od zawsze ciągnęło mnie też do świata i choć życie za granicą z pewnością nie zawsze należy do najłatwiejszych, to wyniosłam z tego cenne lekcje i zrozumiałam, że:

Życie za granicą nie jest dla mięczaków

Więc jeśli rozważasz wyjazd, a jednocześnie ciężko przeżywasz weekend z dala od domu, mam dla ciebie złą wiadomość… Wiem, że można zakasać rękawy, wiedząc, że za X czasu wróci się do Polski, ale nie o takim życiu za granicą piszę. Wielu emigrantów stawia sobie za cel pracę za granicą, by nazbierać pieniądze na konkretny cel, albo zdobyć wartościowe doświadczenie. Całość zmienia się, gdy zaczynają pojawiać się takie słowa jak: ,,na zawsze” i ,,bez odwrotu”. A gdy mówiąc “w domu” zaczyna się mieć na myśli właściwie dwa kraje jednocześnie. Pomimo wielu (naprawdę wielu!) pozytywów, gdzieś w głębi duszy zawsze się tęskni – za domem rodzinnym, za znajomymi, za ulubionymi miejscami. Nowy kraj to także często nowy język, nowe środowisko, nowi znajomi (tu też trzeba często wyjść ze strefy komfortu, by kogoś poznać). Innymi słowy życie za granicą jest na dłuższą metę dla tych naprawdę upartych, którzy wiedzą, że to jest właśnie tym, czego chcą. I dla tych, którzy są w stanie osiągnąć wewnętrzny kompromis. Życie za granicą moim zdaniem to sztuka ciężkich wyborów. Nauczyło mnie to, że jestem odpowiedzialna za wszystkie swoje decyzje.

Dziewczyna w kurtce boho z frędzlami. Zielona kurtka boho.

Życie za granicą weryfikuje przyjaźnie

To dość brutalna prawda, ale uważam, że każdy długoterminowy wyjazd odbije się negatywnie na niektórych przyjaźniach i znajomościach. Można się oszukiwać, ale wiele znajomości utrzymuje się dlatego, że możemy mniej lub bardziej regularnie spotykać się w codziennym życiu. Co już jest, swoją drogą, czasami wystarczająco trudne. W efekcie ciężko jest oczekiwać, że będziemy dla kogoś priorytetem, gdy nie możemy uczestniczyć w czyimś życiu tak jak kiedyś, czy dzielić się naszą codziennością bez specjalnego wysiłku. Życie za granicą oznacza, że prędzej czy później niektóre ze znajomości osłabną i jest to dobry moment na zweryfikowanie tego, czy byliśmy dla kogoś tak ważni, jak oni byli dla nas. Czy było mi z tego powodu przykro? Pewnie, że tak! Ale z drugiej strony uważam, że każda przyjaźń wymaga wysiłku z obu stron i cieszę się wiedząc, że są w moim życiu osoby, dla których mój wyjazd za granicę nie był przeszkodą. Bardzo, ale to bardzo cenię takie przyjaźnie i mój wyjazd nauczył mnie tego, że nawet mieszkając w innym kraju można nadal mieć wspaniałą więź.

Hand holding the Milk and Honey book by Rupi Kaur.

Życie za granicą uczy jak porzucić strefę komfortu

Codzienne życie często składa się z małych przyzwyczajeń, których nikt chętnie nie porzuca. Zamawiamy ten sam napój w ulubionej kawiarni, znamy swoje miasto jak własną kieszeń, a wieczorem spotykamy się z tą samą grupą znajomych, których często jeszcze znamy z czasów szkolnych. Życie za granicą wywraca to wszystko do góry nogami i nic nie jest tak straszne, ale też tak satysfakcjonujące, jak odkrywanie wszystkich tych rzeczy na nowo. Często wymaga to od nas ogromnego wysiłku i skłamałabym, gdybym powiedziała, że zawsze było łatwo. Ale nic nie kształtuje charakteru lepiej, niż znalezienie się w sytuacjach poza strefą komfortu, gdy musimy postarać się, by znaleźć nową grupę znajomych, zapytać o drogę, czy nawet zamówić kawę w innym języku. Nauczyło mnie to wytrwałości oraz tego, że w rzeczywistość w wielu przypadkach rozwiewa nasze lęki i pozostają nam tylko pozytywne wspomnienia.

Weinstrasse ulica winnic w austriackim regionie Styrii.

Polka w Austrii – czy odbierają mnie tu negatywnie?

Wbrew pozorom nikt nigdy nie miał problemu z tym, że pochodzę z Polski – być może to tylko marny stereotyp, ale przeglądając wiele blogów poświęconym wyjazdom za granicę bardzo często spotykałam się z założeniem, jakoby Polacy byli traktowani inaczej/gorzej (najczęściej w perspektywie życia w Anglii i w Niemczech). Mogę mówić tylko ze swojej perspektywy, ale w ciągu roku życia w Szwecji i już prawie 3 lat w Austrii ani razu nie spotkałam się z naprawdę negatywnym komentarzem. Często jednak ludzie starając się nawiązać jakąś krótką rozmowę (tzw. small talk), a nie mając tak naprawdę żadnego doświadczenia z Polską, rzucą czasem moje znienawidzone zdanie w stylu: “Ooo, ktoś ze znajomych/ktoś z rodziny miał kiedyś polską sprzątaczkę/opiekunkę”. Wiem, że nie mają na myśli nic złego, ale nie wiem tak naprawdę, co mam w takiej sytuacji odpowiedzieć, gdy spotykamy się na gruncie zawodowym w biurze? Cieszyć się, a może gratulować? Najczęściej kwituję to tylko uśmiechem. Zdecydowana większość odnosi się do mojej narodowości bardzo pozytywnie, komplementują mój niemiecki, czasem zapytają skąd dokładnie pochodzę, a gdy odpowiadam “Gorzów Wielkopolski” i tak nie mają o tym miejscu zielonego pojęcia. 🙂

Polka w Austrii na weinstrasse ulica winnic w południowej Styrii.

Mieszkając za granicą naprawdę doceniam czas spędzony w Polsce

Właśnie pisząc ten paragraf odpoczywam po podróży z Polski, gdzie musiałam wstać w środku nocy, by dojechać do Szczecina, skąd wzięłam Flixbus na lotnisko do Berlina… Sporo tu logistyki, bo połączenie jest OKROPNE, ale spędzenie tygodnia w domu było wszystkim, czego teraz potrzebowałam. Nawet wspólne wypicie kawy, obejrzenie filmu, czy wyjście do miasta jest wyjątkowe. Wiele osób twierdzi, że ich kontakty z rodziną poprawiły się od kiedy wyjechali, ale w moim przypadku wyjazd wszystko utrudnił, bo mam fantastyczny kontakt z moją mamą i strasznie za nią tęsknię. Czas spędzony w Polsce to dla mnie również moment, by znów zobaczyć się ze znajomymi, co jest dla mnie bardzo ważne! I choć nadal nie wyobrażam sobie zamieszkać w Polsce na stałe, to moje odwiedziny zawsze są przyjemną odskocznią. Staram się przylatywać przynajmniej 2-3 razy w ciągu roku (w grudniu, jesienią i czasem w okolicy maja), a w pozostałą część roku chętnie zapraszam gości do siebie.

A jak jest w waszym przypadku? Czego nauczyło was mieszkanie za granicą? A może dopiero planujecie wyjazd?